Druga rzecz związana z olimpiadą, którą bardzo lubię, to stare plakaty promujące igrzyska. Przyjrzyjcie się im kiedyś. Świetne są. Nie dziwię się wcale, że w miastach, które kiedyś były gospodarzami cały czas je wykorzystują i można je kupić w formie plakatów, pocztówek czy zdobień na kubkach czy koszulkach.
 |
| 1-4 stare plakaty promujące olimpiady |
Pierwsze dni lutego spędziłam jeszcze w domu. I oczywiście było dużo spraw do załatwienia. Nasz samochód był na przeglądzie w serwisie i na ten czas dostaliśmy zastępczy: całkowitego elektryka Volvo. I tak jeżdżąc nim doszłam do wniosku, że zdecydowanie wolę nasz. W tym otwarcie schowka pasażera wymagało znalezienia odpowiedniej ikonki na tablecie! Ja jednak lubię w samochodzie zegary i pokrętła.
Przed wyjazdem pojechaliśmy jeszcze do serwisu Kitchen aid. Odebrać jeden i zawieść mój. W moim jakiś czas temu przestał blokować się włącznik, więc żeby go wyłączyć musiałam wyciągać wtyczkę z kontaktu albo stosować najlepszy patent... gumkę pozyskaną z pęczka rzodkiewek. Miksera używam prawie codziennie, więc zwlekałam z oddawaniem go na kilka dni. Wyjazd okazał się idealną okolicznością na wysłanie miksera do sanatorium. Przy okazji odebraliśmy inny. Naszych przyjaciół ze Szwajcarii. Piękny, z polerowanej stali, ale trochę niesprawny. Serwis szwajcarski nie poradził sobie z jego naprawą. Zaproponowałam, że nie ma nic do stracenia i weźmiemy go do polskiego, bo jest świetny. I wiecie co? Naprawili go. Teraz trochę musi poczekać, aż wróci do swojego domu (czyli my pojedziemy do Szwajcarii albo nasi przyjaciele do nas), ale myślę, że warto było.
 |
| 1 chcesz otworzyć schowek - zrób to na tablecie. To jednak rozwiązania nie dla mnie // 2 nie jest łatwo pakować się na upały przy takiej pogodzie // 3 i jak zawsze przegląd książek w moim salonie fryzjerskim // 4 sprawny jak nowy. Przejściówka była niezbędna, bo to jednak "Szwajcar" ;-) |
Planowałam na spokojnie spakować się na wyjazd. Kilka dni wcześniej zaczęłam wyciągać letnie ubrania i... okazało się, że nie idzie mi to tak jak chciałam. Mam problem z szykowaniem się, kiedy różnica temperatur pomiędzy tym co tu i teraz, a tym co za chwilę wynosi ponad 40 stopni. I oczywiście w takich momentach nie mogę znaleźć tego co bym chciała. Zaczęłam wybierać ubrania, prać je ponownie, prasować i nadszedł w końcu dzień poprzedzający wyjazd. Z pewną frustracją, bo znowu pakuję się tuż przed, wzięłam się energicznie za szykowanie wszystkiego. Myślałam: godzina, dwie i będę gotowa. I tak się pakowałam, pakowałam i... kiedy położyłam się do łóżka spać i chciałam nastawić budzik (tak naprawdę to w takich sytuacjach nastawiam 5 alarmów, żeby tylko nie zaspać), to... okazało się, że zamówiona na lotnisko taksówka ma przyjechać za pół godziny. Tym razem pobiłam wszystkie swoje rekordy. Zaskoczyło mnie to, że ja, która w Sylwestra o północy zasypiam na stojąco, to teraz do czwartej rano działałam jakbym w ogóle nie potrzebowała snu. No cóż, znowu sobie obiecuję, że na następny wyjazd spakuję się przynajmniej trzy dni wcześniej.

Jest coś przyjemnie perwersyjnego ;-) w podróżowaniu z mroźnej aury w gorącą i słoneczną. Z jednej strony wiesz, że wyjeżdżasz, gdzie będzie gorąco, ale z drugiej mózg nie może uwierzyć, że za parę godzin ciało przestanie marznąć w minus dwudziestu stopniach. Uwielbiam ten moment, kiedy na miejscu wychodzę z lotniska i otacza mnie ciepło, a słońce tak razi, że wyciągam dawno nieużywane okulary od słońca. Blada skóra jest tak spragniona naturalnej witaminy D, że w drodze do wypożyczalni samochodów unikam wszystkich zacienionych miejsc :-). I te wymieszane opalone i blade twarze, tych co przylecieli i odlatują.
Przed startem z Warszawy nasz samolot przeszedł de-icing czyli kąpiel pod ciśnieniem w mieszance wody i glikolu. Nie jest to coś nietypowego w zimie. Nietypowy za to był nasz pilot, który opowiadał o całym procesie, a także o tym, co będzie robił potem. Tak więc po odladzaniu, mieliśmy jeszcze przed wjazdem na pas startowy, przejść kolejną procedurę. Samolot stoi w miejscu, a pilot uruchamia pełną moc silników. Samolot wpada w drgania, jest duży hałas, a ewentualne pozostałe drobiny lodu, odpadają. Nasz pilot był dużym gadułą (;-)), więc poznaliśmy różne procedury ze szczegółami :-).
 |
1 w bagażu lądują najlepsze powidła, rękaw cukierniczy i końcówka do nadziewania (i domowa skórka pomarańczowa). To oznacza jedno. Tłusty czwartek przed nami. // 2 w podróży na Fuerteventurę to zawsze ON ma więcej bagaży :-) // 3 jeszcze tylko trzeba nadać bagaż sportowy // 4 odlatujemy. To oznacza jedno - jest punkt 6 rano.
|
 |
| 1 nie powiedziałabym, że w Niemczech jest lepsza pogoda niż w Polsce, ale przynajmniej nie ma mrozu, więc drugi lot będzie bez kąpieli (de-icing) samolotu // 2 zostawiamy cię zimowa Warszawo // 3 podoba mi się jak zapakowano to masło. Prawie zawsze podawane jest w plastikowych opakowaniach. // 4 niezależnie jaka pogoda jest na dole, nad chmurami zawsze świeci słońce |
 |
| Fuerteventura |
 |
| 1 drugi lot i drugi raz śniadanie // 2 już za chwileczkę... // 3 a w południe jesteśmy już na miejscu. Te 22 stopnie cieszą bardzo. // 4 po spakowaniu bagaży do wypożyczonego samochodu (wcale niemałego :-)), ledwo starczyło miejsca dla nas ;-) |
 |
| 1 pierwszy spacer po plaży i pierwsze muszelki. Te wyglądają jakby zrobione były z porcelany // 2-4 a może byśmy coś zjedli lokalnego w restauracyjce nad brzegiem oceanu? |
To był nasz piąty pobyt na Fuerteventurze. Za każdym razem przyjeżdżamy tu zimą i za każdym razem wyspa wygląda tak samo. Jednak nie tym razem. Tej zimy było na wyspie wyjątkowo, bo padał kilkukrotnie deszcz i było dość zimno. Myślę, że dla turystów wtedy tu przebywających nie było to przyjemne, ale dla wyspy wręcz zbawienne. Ta pustynna wyspa zazieleniła się. Te góry czy wygasłe wulkany obsypane kwiatami i jakby lekko omszone świeżą zielenią wyglądały fantastycznie i tak nietypowo jak na tę wyspę. To pokazuje jak woda jest niezbędna przyrodzie. Wystarczy trochę i świat się zmienia.
Na Fuerteventurze brakuje wody. Większość pozyskiwana jest przez odsalanie wody morskiej. Przez jej brak likwidowane są uprawy (szczególnie pomidorów). Hotele z wielkimi basenami nie narzekają na brak wody, ale mniejsze miejscowości i lokalna ludność już na tym cierpią. Będąc na wyspie trzeba oszczędzać wodę. My jesteśmy tam na chwilę, ale nasza obecność ma duży wpływ na mieszkańców. Zarówno dobry jak i zły.
 |
| 1-4 takiej Fuertaventury nigdy wcześniej nie widziałam. |
 |
| To dzięki nim Fuerteventura nabrała kolorów Prowansji. |
 |
| Każda roślinność na tej wulkanicznej wyspie wygląda magicznie. |
 |
| Ta zieleń tutaj jest niezwykła |
 |
| Patrząc na tę glebę, ciężko wyobrazić sobie, że coś może w niej wyrosnąć, a jednak... |
 |
| 1-4 tak wygląda Fuerteventura po deszczach |
 |
| 1-4 uwielbiam krzewy bugenwilli. |
 |
| 1 roślinność na wyspie nie jest bujna, więc tym bardziej cieszy // 2 na drodze koło krawężnika wyrosło małe drzewko. Jaka w nim jest wola przetrwania skoro rośnie w tak niekorzystnym miejscu // 3 Araukaria to „żywa skamielina”. To jedne z pierwszych drzew, które wytworzyły nasiona, odnalezione skamieliny pni datuje się 180 milionów lat // 4 pulicaria burchardii - endemiczna roślina Fuerteventury |
 |
| 1-4 roślinność na wyspie jest "oszczędna", ale przez to jeszcze bardziej ją się docenia. |
 |
| Pulicaria burchardii |
Pulicaria burchardii występuje endemicznie na południu Fuerteventury (Jandia). To jedna z najrzadszych roślin w Unii Europejskiej. Oczywiście jest pod ochroną. Na wzgórzach koło naszego domu rosło ich całkiem dużo. W drodze nad ocean codziennie mijałam kępy tych rzadkich i niesamowicie wytrzymałych roślin. Kiedy patrzy się na ich krzaczki rosnące w twardym, suchym piachu, narażone na słońce i wiatr, to można uzmysłowić sobie jaką moc ma ta niepozorna roślina.
 |
| Ten Gruyère zdobył złoty medal dla najlepszego sera na świecie. Ser podróżnik przyjechał z nami. Najlepszymi rzeczami miło dzielić się z przyjaciółmi. |
Takie dłuższe wyjazdy mają jedną wielką zaletę. Po przyjeździe nie myśli się o tym, że niedługo trzeba będzie wracać, że czas tak szybko biegnie, że nie zdąży się zrealizować wszystkich planów... Można się cieszyć tym co tu i teraz i stworzyć swoje, nowe rytuały. Nową bańkę. To trochę nierealne, tymczasowe, ale kiedy ma się cały czas świadomość tymczasowości, to można w pełni czerpać z tego co tu i teraz i cieszyć się chwilą.

No dobrze, przyjechaliśmy na Fuerteventurę nie dla samego słońca, wypoczynku i ucieczki przed zimą. Na tę konkretną wyspę wyspę przyjeżdżamy dla WIATRU. Tak to jest, kiedy ma się męża, którego pasją jest kite :-). Dobrze, że można wszystko razem połączyć. Plan dnia dopasowujemy do prognozy wiatrowej, więc dobrze, że nie wieje codziennie ;-). Tak naprawdę, to cieszę się bardzo z tej pasji męża i z tego, że może ją dzielić z przyjacielem, a ja rolę żony kite'owca z przyjaciółką. Lubię ten klimat, który panuje w tym światku. Tę swoją rolę startowacza i lądowacza kite'a. To przysłuchiwanie się niekończącym rozmowom naszych mężczyzn po udanym dniu. Lubię to nasze, damskie podśmiewywanie się z ich rozmów. Lubię zapach mokrej pianki ściąganej z rozgrzanej skóry i te wiecznie opalone stopy i dłonie w kontraście do reszty ciała. Czasami narzekamy na ten męski sport. Na piach w oczach i włosach, na zimno i godziny na wietrze, na to, że prawie zawsze czują niedosyt, a my czasami przesyt, ale... cieszę się BARDZO z tej męża pasji i z tego, że dzielimy ten czas z przyjaciółmi. Ja uczestniczę w jego zainteresowaniach, a on w moich. Chyba o to chodzi w związku. Ja startuję mu kite, a on cierpliwie czeka, kiedy ja zapominam o upływającym czasie w rozmowie z serowarem :-). Ważne też, żeby mieć wspólne pasje, a tych myślę, że nam nie brakuje ;-).
Czasami, kiedy nasi mężowie są na wodzie, przeżywamy i niezłe stresy i chcemy ich zamordować za tę ich pasję, a nasze nerwy. Ten sport, to jest współpraca z żywiołem, a czasami jednak żywioł jest nieprzewidywalny.
Kiedy tak patrzę jak podczepieni cienkimi linkami do latawca, wznoszą się wysoko nad taflą morza, kiedy pokonują po grzbietach wysokie na kilka metrów fale, kiedy tną z lekkością powierzchnię wody, to czuję dumę z ich umiejętności i pasji.
 |
| 1 czy wiatromierz to najważniejszy gadżet w naszym bagażu? Chyba tak :-) // 2 wiatr urywa głowy, to znaczy, że zapowiada się dobry dzień // 3 na Fuerteventurze deszcz pada czasami raz na kilka miesięcy - tutaj złapała mnie ulewa i przemoczyła... do gołej skóry // przyjaciele w życiu i kompani na wodzie |
 |
| 1 przy tym wietrze zrobiłam sobie najbrzydszą na świecie fryzurę, żeby cokolwiek widzieć // 2 Szwajcarów wszędzie dojrzę :-) // 3 laguna wypełniła się wodą. Dla mnie to zawsze jest magia, kiedy w jednej chwili woda wypełnia tą wielką przestrzeń, a kilka godzin później z niej wypływa z powrotem do oceanu // 4 już mieliśmy wracać, ale znowu zaczęło mocno wiać. Chwila dumania i... chłopaki wrócili na wodę :-) |
 |
| "Jeszcze się tam żagiel bieli..." |
 |
| W tym miejscu pączki serwujemy na kaktusach ;-) |
Trzy lata temu po raz pierwszy w czasie naszego pobytu przypadał Tłusty Czwartek. Oczywiście, kiedy nie było szans na jakiekolwiek pączki, to ich potrzeba była ogromna. Od słów do słów i postanowiłam je zrobić. Od ich przygotowania dzieliły nas trzy wizyty w miasteczku po składniki (ciągle okazywało się, że czegoś brakuje), ale w końcu się udało. Zrobione całkowicie ręcznie, z konfiturami ze słoika, które były dostępne w lokalnym sklepiku, smażone po trzy w garnku jaki miałyśmy, ale za to ze zrobioną własnoręcznie skórką z pomarańczy. Obłożyłyśmy nimi kaktusy i stwierdziliśmy, że to najlepsze pączki na świecie. W zeszłym roku znowu obchodziliśmy Tłusty Czwartek na wyspie i znowu zrobiliśmy pączki serwowane z kaktusa. W tym roku wiadomo było, że będzie powtórka. Tym razem wzięłam ze sobą najlepsze powidła, końcówkę do nadziewania i domową skórkę pomarańczową. Tylko za drożdżami się najeździliśmy, robiąc chyba ze 100 km :-).
I znowu je zrobiliśmy. Pączki z przepisu z 1885 roku podawane na kaktusie.
 |
| 1 składniki zgromadzone - można wziąć się za pączki. // 2, 3 jak pięknie się rumienią // 4 prace ręczne |
 |
| 1-4 Tłusty Czwartek w wersji wyspowej |

W domu mamy swoje rytuały. Inne w weekendy, inne w dni powszednie. W czasie takich dłuższych wyjazdów tworzymy nowe, część domowych przenosimy, ale też tworzymy inne na ten wspólny czas. I to jest piękne. Jesteśmy razem, ale też osobno. Wschód słońca nad oceanem, spacer brzegiem plaży, kawa w łóżku, książka na kanapie. Każdy robi to co lubi i co chce. Czasami są to leniwe chwile, a kiedy indziej rozsadzała nas energia. Kawa musiała być zawsze. A potem mieliśmy wspólny czas przy stole i śniadaniu. Rozmowy, przekomarzanie, planowanie. Razem i osobno. Wspólne wieczorne rytuały stały się wręcz chwilami wyczekiwanymi przez cały dzień. Jeden odcinek serialu "Nocny recepcjonista" - sezon I i II. Czekaliśmy na to przez cały dzień, a potem... zasypialiśmy przy oglądaniu. Powodem nie był brak akcji lub nudny scenariusz - wręcz przeciwnie. To wzajemne budzenie też miało swój urok ;-) jak i poranne omawianie obejrzanego odcinka. Przed ostatnim nawet rozpisaliśmy konkurs na to jak będzie wyglądało zakończenie. W moim umarła połowa bohaterów. Niestety w filmie też.
Do wspólnych rozrywek muszę też zaliczyć oglądanie niektórych relacji z olimpiady. W telewizorze relacja z niemieckiego kanału z wyłączonym głosem, a dźwięk z telefonu z polskim komentarzem. Nawet czasami dwa obrazy się pokrywały ;-)
 |
| Budzi się nowy dzień. |
 |
| Zawsze sobie myślę w takich miejscach, że będąc w wodzie trzeba się trzymać jak najdalej od skał. Ale wygląda przepięknie. |
 |
| Uwielbiam pływać w oceanie, ale zawsze czuję przed nim respekt |
 |
| 1, 3 kiedy Polacy stawali na podium, to czasami olimpiada towarzyszyła nam przy kolacji. Emocje były // 2 "Nocny recepcjonista" hitem wieczorów. W zeszłym roku towarzyszył nam serial "Szakal". // 4 skoki narciarskie przy gotowaniu kolacji |
 |
| 1 w tym hotelu byliśmy razem kilka lat temu. Przypominał nam katedrę. Do tej pory wspominamy wręcz zatrważający wybór jedzenia do serwowanych tam posiłków. // 2 celebrujemy, że mamy siebie // 3 a teraz wieczorna wymiana zdjęć, które sobie robiliśmy w ciągu dnia // 4 gęsta czekolada do churrosów - jedna dla wszystkich |
 |
| 1 pomidory kupione w supermarkecie muszą przejść dojrzewanie na prawdziwym słońcu. W towarzystwie muszli, bo towarzystwo ma znaczenie ;-) // 2 poranne znalezisko // 3 lokalny bookcrossing // 4 codziennie upał, ale woda w basenie ciągle zimniejsza niż w oceanie. Do pływania idealna. |
 |
| 1, 2 moje nowe perły // 3 perły kupione na lokalnym targu na stoisku u tego uroczego starszego pana // 4 a tu perłowa bransoletka kupiona dwa lata temu. Też na tym targu, ale na stoisku prowadzonym przez Polkę mieszkającą na wyspie na stałe |
 |
| 1 kiedy masz co rano taki widok z łóżka... // 2 na wyspie większość domów jest prosta, ale wnętrza kościołów już nie // 3, 4 lokalnie |
 |
| Zasypialiśmy z takim widokiem |
 |
| 1 tutaj księżyc się uśmiecha // 2 nadchodzi kalima // 3 roślinność tutaj nie jest bujna, ale zachwyca swoją siłą // 4 parę długości basenu zawsze dobrze robi |
Kiedy dwie lubiące gotować kobiety wyjeżdżają razem, to co robią? Gotują :-). Lubię gotowanie w innych krajach. Odkrywanie nowych produktów w sklepach, nowych smaków w restauracjach zawsze jest inspirujące. Na Fuercie nie ma takiego bogactwa i wyboru produktów jak w Polsce. Mimo słonecznej pogody nie ma dużego wyboru owoców i warzyw (niedobór wody), a te w supermarkecie często są sprowadzane z innych wysp albo z lądu. Są produkty (świeże drożdże, cukier puder), których musieliśmy się porządnie naszukać w wielu miejscowościach, żeby je kupić. Zbawienne było zeszłoroczne odkrycie niedzielnego targu z warzywami kilkanaście kilometrów od naszej miejscowości. Tam jest spory wybór bardzo dobrych warzyw i owoców. Przyjeżdżaliśmy tam z samego rana i zaczynaliśmy dzień w kawiarni kawą i talerzem churrosów. A potem kupowaliśmy torby sałat, cytryn, maleńkich pomidorów, cebuli, marchwi... Pomidory i cebula na jednym stoisku były tak dobre, że jedliśmy je codziennie do każdego posiłku. Prawie codziennie kupowaliśmy ryby i one były podstawą naszych kolacji. Często były to nieznane nam wcześniej gatunki. Jedliśmy też miejscowe kozie sery, kartofelki gotowane w soli (papas arrugadas) z sosami mojo rojo i mojo verde. Testowaliśmy różne gotowe sosy ze sklepów i niestety żaden z nich nie był dobry. Za to te z restauracji - robione na miejscu były pyszne. Kupowaliśmy też w jednym sklepie odkryty w czasie któregoś wyjazdu sos ze smażonych pomidorów. Jakie to było dobre. I prawie codziennie jedliśmy risotto. Robiła je przyjaciółka i było tak dobre, że na pytanie: co robimy na kolację, padała odpowiedź: RISOTTO.
Chodziliśmy też czasami do restauracji. Do tych ulubionych potrafiliśmy wracać wręcz dzień po dniu. W jednej kawiarni zachwyciłam się senikiem. Był genialny. Na Lanzarote w poleconej restauracji zjadłam GENIALNY SERNIK z dodatkiem wędzonego koziego sera. Kelner zdradził mi, co to za ser. Niestety mleczarnia, która go wytwarza była już zamknięta, ale udało się kupić go w lokalnym sklepiku. W sklepie przy plaży kupiłam pozostałe składniki i tak z Lanzarote wróciłam z produktami na sernik. Na drugi dzień go upiekłam. Wyszedł fenomenalny. Składniki mam spisane, więc podzielę się z Wami przepisem na niego. A najdziwniejsze jest to, że kupując składniki kupiłam polecany hiszpański ser typu Philadelphia. Jak wczytałam się w skład i producenta, to okazało się, że ten ser robiony jest w... Polsce!!!
 |
| Oczywiście jest risotto. Do tego pieczone papryki i bakłażany i sałata z miejscowymi pomidorkami. |
 |
| W niedzielę jedliśmy śniadanie na targu: churrosy |
 |
| 1-4 kawa i churrosy |
 |
| Na lokalnym, niedzielnym targu |
 |
| 1-4 na lokalnym, niedzielnym targu |
 |
| 1-4 na lokalnym, niedzielnym targu |
 |
| Ten sos mojo rojo był. fantastyczny |
 |
| 1 nie ma kieliszków do jajek, więc sobie radzimy jak się da // 2, 3 śniadanie // 4 nasze papas arrugadas |
 |
| 1, 2, 4 na naszym stole // 3 bąbelki |
 |
| 1-4 na naszym stole |
 |
| 1 lokalna kawa // 2 na upały - sangria // 3 deser na spółkę // 4 lokalny deser z mąką gofio |
 |
| 1-4 odkrywamy lokalne smaki |
 |
| 1-4 odkrywamy lokalne smaki |
 |
| 1 śniadanie // 2 na Lanzarote // 3 najlepszy sos mojo rojo i najlepsza Sangria // 4 ten kozi, wędzony ser zaraz dodam do sernika |
 |
| Czas na kawę |
 |
| 1 to ten sernik zawrócił mi w głowie // 2 dla odmiany kuchnia serwuje spaghetti // 3 śniadanie // 4 czyż nie wygląda ta kawa uroczo? |
 |
| 1-4 odkrywamy lokalne smaki |
 |
| 1 szwajcarskie ciasto czekoladowo orzechowe miało sesję na skałach nad oceanem // 2 te kluchy były niezapomniane // 3 tym razem kuchnia serwuje drożdżowe z malinami i kwaśną śmietaną // 4 kawy? |
 |
| Każdy pyta: co one tu jedzą? |
 |
| 1-4 tuż koło naszej miejscowości mieści się podobno jedna z najlepszych wytwórni sera na wyspie, więc zaopatrywaliśmy się lokalnie |
 |
| 1 kelner pokazał jaki ser używają do sernika // 2 pączki in progress // 3 mój sernik z dodatkiem wędzonego sera - jestem z niego dumna // 4 w sklepie lokalnym kupuję wędzony, kozi ser do sernika |
 |
| 1 roboty ręczne // 2 ktoś chce zrobić zakupy // 3 znaleźliśmy sklepik dla mieszkańców z żarówkami, kablami, gwoździami, cementem i... kupiliśmy mikser // 4 moja przyjaciółka robi najlepsze na świecie kruche ciasto |
 |
| Kalendarz adwentowy w lutym? TAK!!! |
Nasz syn w dzieciństwie zawsze dostawał kalendarz adwentowy z czekoladkami. Stał się dorosły, ale... kalendarz musiał być. I był. W listopadzie byłam w Oxfordzie i był tam wielki wybór pięknych kalendarzy. Chciałam kupić dla syna, ale pomyślałam, że jednak kupię go w Polsce, bo pogniecie się w walizce. Wróciłam, chciałam kupić i... okazało się, że nigdzie już nie ma. Zostały jakieś z kosmetykami, herbatami, ale z dobrymi czekoladkami już nigdzie nie było. Jakaś sprzedawczyni powiedziała mi, że jest jakiś szł na takie kalendarze i błyskawicznie się wyprzedały. Syn jest dorosły, ale smutek z braku kalendarza był wielki, a moje wyrzuty sumienia, że nie kupiłam w Oxfordzie jeszcze większe. Kiedy na Fuercie w jednym ze sklepów zobaczyliśmy osamotniony kalendarz, to powiedziałam: kupujemy. Choćbym miała go w ręku przewieść. Radość syna (dorosłego) na spóźniony kalendarz była wielka. W tym roku kupię go choćby w Wielkanoc.
 |
| 1 turronów jest w sklepach dużo, ale dla mnie ten jest najlepszy i tego najtrudniej kupić. // 2-4 lokalne produkty |
Fuertaventura nie kojarzy się z zakupami. Sklepów jest sporo, ale z bardzo specyficznym asortymentem. Co warto tam kupić? Perfumy i kosmetyki takich firm jak Dior, Chanel, Guerlain, Hermes... Ze względu na niższy podatek lokalny i strefy wolnocłowe takie produkty można kupić znacznie taniej. Ja lubię tam kupować lokalną ceramikę i rzemiosło. Wbrew pozorom sklepów z ładnymi produktami nie jest dużo. Czasami przypadkowo można trafić na coś ładnego. Tak przykładowo idąc do piekarni... kupiłam kapelusz, którym nawet zachwycił się pan odprawiający nas na lotnisku :-). Na wyspie warto kupować też produkty z aloesem, który uprawiany jest na miejscu. Farm aloesowych jest sporo, ale warto wczytać się też w skład i popatrzeć na warunki przechowywania. Na straganach w upale te produkty tracą na wartości.
 |
| 1 najładniejsze pocztówki na całej wyspie // 2-4 rękodzieło |
 |
| 1-4 rękodzieło |
 |
| 1 na lokalnym targu // 2 ser raclette znajdę wszędzie :-) // 3, 4 zakupy w sklepie ogrodniczym |
 |
| 1 gofio - prażona mąka - produkt lokalny // 2 poszłam po chleb - wróciłam z kapeluszem // 3 najważniejszy zakup // 4 z tego serka robi się oryginalny sernik baskijski |
 |
| Wschód słońca w drodze na drugą stronę wyspy. |
Na sąsiednią wyspę Lanzarote wybieraliśmy się wiele razy, ale ciągle coś nam krzyżowało plany. W końcu się udało. Przed wschodem słońca wyruszyliśmy na prom na drugą stron wyspy. Krótka podróż i jednak inny świat. Zdecydowanie: ładniejsza architektura, więcej tufu wulkanicznego, więcej roślinności. Lanzarote słynie również z win uprawianych w dołkach (lub rowach) w glebie wulkanicznej. Wygląda to niesamowicie, podziwiam to dostosowanie rolnictwa do przyrody i warunków, ale samo wino nie zachwyciło mnie smakiem. Warto jednak zdecydowanie zobaczyć te winnice. Nie udało nam się zobaczyć wszystkiego, co zaplanowaliśmy, ale to oznacza jedno: wrócimy na Lanzarote, bo warto. Przyroda jest tam niezwykła.
 |
| Promem ku Lanzarote |
 |
| 1, 4 Coralejo - tutaj mieszkaliśmy w czasie pierwszego pobytu na Fuercie. Od tego czasu zmieniło si i rozrosło bardzo // 2 takim promem przypłyneliśmy // 3 nowy dzień |
 |
| 1-4 Lanzarote |
 |
| 1-4 Lanzarote |
 |
| 1-4 Lanzarote |
 |
| Lanzarote |
 |
| Lanzarote |
 |
| Lanzarote |
 |
| Lanzarote |
 |
| 1-4 Lanzarote |
Spacer o wschodzie słońca w rześkim powietrzu poranka to najpiękniejszy początek dnia. Światło budzącego się słońca jest piękne. Miękkie, czasami lekko różowe, delikatne, żeby po chwili nabierać mocy. Wschody i zachody słońca. Inne barwy, inne cienie. Codziennie odmienne, codziennie niezwykłe i piękne. To spektakl, który nigdy mi się nudzi. Zostawiam Wam zdjęcia. Bez słów.
















Kalima to gorące powietrze z Sahary, które niesie ze sobą wiatr, pył i piasek. Czasami jest tak intensywna, że samoloty nie mogą startować i lądować. Kiedy wieje kalima, wtedy lepiej nie spędzać dużo czasu na zewnątrz i wieszać białego prania do wysuszenia. W czasie naszego pobytu przywiało do nas dwie kalimy. Takie mniejszego i średniego kalibru. Światło wtedy jest niezwykłe. Miękkie i zamglone. Kalima trwa przeważnie 2-5 dni. Nam się przytrafiły z tych krótszych. Kiedyś przeżyłam naprawdę intensywną kalimę i było to w... Szwajcarii zimą. Gorące powietrze topiło śnieg, a rano wszystko było pokryte grubą warstwą pomarańczowego pyłu.
 |
| Kalima |
 |
| 1-4 kalima |
 |
| Kalima |
 |
| Kalima |
 |
| Kalima |
 |
| Kalima |
 |
| 35 lat razem |
Walentynki. Nie jest to dla mnie jakiś bardzo ważny dzień, ale miło czuć, jak mężczyźni się starają. Nasi urządzili nam "program artystyczny". Niezapomniany :-). Najważniejsze są jednak te gesty dnia codziennego, a tych nie brakuje.
 |
1 nie tylko w Walentynki // 2 kiedy gekon odwiedza cię w łazience - można liczyć, że ktoś go wyniesie na zewnątrz // 3 gdzie ci ustawić? // 3 Kir Royal w wersji fuertańskiej
|
Przyjaźń. Jedna z najważniejszych i najcenniejszych rzeczy w życiu. 35 lat razem. Dużo nas łączy i dużo razem przeżyliśmy. Możemy na siebie liczyć i lubimy razem spędzać czas. Z nikim tak się nie śmieję jak z NIMI. Małe złośliwości i dużo żartów. Doceniam tą naszą bliskość, bo wiem jak to jest niezwykłe
 |
| 1 damski poranek // 2 ode mnie dla Was // 3 w obiektywie przyjaciółki // 4 czasami i dorosłe kobiety ubierają się tak samo ;-) |
 |
| Najpiękniejsze na deptaku ;-) |
 |
| Kupiłyśmy sobie bluzki: made in Fuerteventura |
 |
| Dobrze nam razem |
 |
| 1-4 nowy kapelusz - dużo radości |
 |
| 1-4 a te zdjęcia chcę tu mieć |
Jak ten czas szybko minął. Tylko po kolorze skóry widać, że już trochę tu jesteśmy. Przyjechaliśmy załadowani, a rzeczy jakby przybyło ;-). Znowu trzeba się pakować. Po powrocie okazało się, że BARDZO żle się spakowałam. Aparat, obiektywy, komputer... spakowałam do bagażu podręcznego. Mój najcenniejszy teleobiektyw zapakowałam dodatkowo do woreczka ze skarpetkami... i tu historia się kończy. Po przyjeździe rozpakowuję walizkę i... nie mam teleobiektywu. Jestem pewna, że zostawiłam go w domu na wyspie. Mąż wynosi kity do garażu i okazuje się, że w jednym z nich jest... mój teleobiektyw. Poleciał w bagażu rejestrowanym, w najcieńszej torbie i przeżył to!!!
 |
| 1 czas zamienić krótkie spodenki na długie spodnie // 2 w tej cienkiej, szarej torbie jest mój teleobiektyw i ja o tym wtedy nie wiem // 3 kalendarz adwentowy leci z nami // a teraz trzeba to wszystko jeszcze nadać |
 |
| 1 z góry oglądamy naszą trasę, którą kilka dni wcześniej przepłynęliśmy promem // 2 kino samolotowe // 3 nad jeziorem Genewskim // 4 zachód słońca nad Szwajcarią |
 |
| 1-4 w samolocie dogadzają nam szwajcarskimi produktami |
 |
| 1 góry zawsze mnie zachwycają, a te już najbardziej // 2 moje ulubione miejsce na przesiadkę // 3 de-icing // 4 zaraz będziemy na dole |
 |
| 1 wszystko doleciało (a w tej torbie mój teleobiektyw!) // 2 lubię dostawać taką zawieszkę: transfer in Switzerland // 3 ściągaj już te okulary // 4 my wróciliśmy z wakacji, to i czas na powrót miksera do domu. Niestety okazało się, że do zreperowania było dużo |
 |
| Czas na powrót do dobrych bagietek |
 |
| 1 no tak, synowi nie kupiłam kalendarza adwentowego, a kotu już tak. Kot jak syn skończył swój kalendarz w lutym. // 2 w lokalnej piekarni - wracamy do rutyny // 3 a w Oxfordzie praca wre // 4 córka w Oxfordzie, a ja w Warszawie - kupujemy tweedowy płaszcz dla mnie |
Jesienny pobyt w Oxfordzie miał na mnie bardzo duży wpływ. Tweed, wełniane kardigany, szale w szkocką kratkę... z radością wróciłam do brytyjskich klasyków. W czasie pobytu przyglądałam się tym klasycznym, świetnie skrojonym ubraniom i zapragnęłam klasycznego, tweedowego płaszcza. O ponadczasowym fasonie, z szorstkiego tweedu, świetnie uszytego. Kupiłam go na odległość. Przyleci z córką na święta. Mam nadzieję, że jeszcze trochę chłodu będzie na wiosnę i będę mogła się nim jeszcze cieszyć w kwietniu.
 |
| 1 tweed time // 2 te świeczniki z trawertynu kupiłam na Fuercie // 3 uwielbiam mój tweedowy żakiet // 4 a ten płaszcz kupiłam na odległość. Przyleci do mnie na święta. |
 |
| 1, 2 kolekcja kraciastych szali - zawsze miałam do nich słabość // 3 trzeba wrócić do sezonu swetrowego // 4 pamiątka z innej podróży - chyba najlepsze konfitury malinowe jakie jadłam |
 |
| lopapeysa |
Lubię kaszmirowe swetry i kardigany, ale też uwielbiam swetry z grubiej wełny robione w krajach, w których naprawdę jest zimno. Wełna często jest szorstka, ale to mi nie przeszkadza. Lubię islandzkie czy norweskie wzory. To takie swetry na lata. Nie wiem ile ma mój najstarszy. Wyglądają ciagle dobrze. Powrót do zimy ma swoje plusy. Mogę jeszcze pochodzić w tych ulubieńcach.
 |
| 1-4 czy to wszystkie? Chyba nie. |
Czy warto tak uciec przed zimą?
Warto. Chociaż słoneczną i śnieżną zimę uwielbiam. Najważniejsze w tym wyjeździe było towarzystwo i miejsce. Myślę, że w hotelu przez tyle czasu nie chciałabym mieszkać. Tak samo z jedzeniem. Miło iść do restauracji, ale na dłuższą metę jest to męczące. Czy chciałabym spędzić tak całą zimę? Nie. Jednak zaczyna się tęsknić za domem.
W lutym przeczytałam trzy książki i przesłuchałam też trzy. Obejrzałam dwa sezony serialu i sporo słuchałam muzyki.
Opaliłam ciało, ale wymarzonych piegów ciągle nie mam. Mam jaśniejsze włosy, ponad 200 000 zrobionych kroków i dużo pomysłów na kolejny miesiąc.
Cieszę się z każdego dnia i tego
CO PRZYNIESIE MARZEC
Komentarze
Prześlij komentarz
Dziękuję bardzo za Twój komentarz.